Home Samorząd Jarmark wyborczy
Jarmark wyborczy
0

Jarmark wyborczy

0
0

            Nie lubię PiS. W równym stopniu, jak nie lubię PO. W obszarze, w którym od ponad dwudziestu lat funkcjonuję zawodowo, czyli w kulturze, obie partie przyczyniły się do niewyobrażalnych zniszczeń, albo przez działania celowe, albo bezrozumne zaniechania. Nie lubię zresztą żadnych partii, bo wyrosłem w czasach, kiedy przynależność do partii, wówczas jedynej właściwej, była synonimem koniunkturalizmu. A chociaż zdaję sobie sprawę, że te moje odczucia mogą być niesprawiedliwe, to jednak nic na to poradzić nie mogę i niezmiennie słowo partia kojarzy mi się z bolszewizmem. Toteż staram się nie oceniać ludzi przez pryzmat ich organizacyjnej przynależności, postrzegając ją niekoniecznie jako fakt ostatecznie dyskwalifikujący człowieka. Tak to jest, że jeden jest łysy, inny z platfusem lub szczerbaty, a kolejny z partyjną legitymacją. Każdy z nas na co dzień mierzy się ze swoimi niedoskonałościami, a umiejętność zdystansowania się do nich świadczy o klasie człowieka. W konsekwencji w równym stopniu nie toleruję partyjnych sługusów, którzy przyparci do muru będą mogli powiedzieć tylko to, że wykonywali rozkazy, jak i politycznych działaczy, którzy mówią o sobie, że politykami nie są. Polityka bowiem, rozumiana jako sztuka zdobywania i sprawowania władzy dla dobra ogółu, dzieje się na każdym szczeblu zarządzania i wszędzie tam, gdzie jest władza.

            Z tych powodów jestem wyborcą wysoce niestabilnym. W tych wyborach, w których dotychczas uczestniczyłem, mój głos dostała chyba większość partii politycznych, za każdym razem inna, a czasami nawet dwie za jednym zamachem. Dlatego, że nie głosuję na ugrupowania, lecz na ludzi. A tych albo znam, albo staram się coś o nich dowiedzieć przed oddaniem głosu. Czynię tak, ponieważ mam świadomość, że najdoskonalszy nawet polityczny program uzdrowienia wszystkiego nie zastąpi sprawności intelektualnej osób go realizujących, czyli polityków.

            No i gdybym miał wyłączny wpływ na obsadzenie powiedzmy polskiego Sejmu, to najpewniej żadne ugrupowanie nie uzyskałoby teraz większości, acz w większości zasiadaliby tam ludzie, którzy moim zdaniem potrafiliby dogadać się w każdej sprawie. Nie wykluczam także, że w przyszłości, być może, obsadziłbym w poselskich ławach jakąś większość partyjną, bo to zależy od ludzi, w tym także liderów, potrafiących zgromadzić wokół siebie mądre osoby. Na razie jednak moi faworyci są rozproszeni i to na wszystkich szczeblach władzy.

            W dłuższej perspektywie czasowej odpartyjniałbym lub upartyjniał co się da, nie zważając na pejoratywne konotacje obu czynności. Bo politykę postrzegam jako umiejętność gromadzenia wokół wspólnych spraw ludzi skutecznych. To jest niestety umiejętność rzadka, a z większości znanych mi ponad politycznych projektów zjednoczeniowych, wyrastały chimery zwane partiami.

            I chociaż nigdy wyłącznego wpływu na skład kolegialnych i jednoosobowych organów władzy na szczęście mieć nie będę, to jednak ufam, że gremialnie zdobędziemy się na wyłowienie z wyborczego jarmarku mądrych liderów, nawet jeśli ustawieni w jednym szeregu partyjnymi barwami wkurzą estetów…

 

Michał Grzeszczuk