Home Samorząd Wyborcze konkury
Wyborcze konkury
0

Wyborcze konkury

0
0

            Mam na imię Michał i jestem bibliotekarzem. Obecnie dyrektorem Miejskiej Biblioteki Publicznej w Skawinie. W przyszłości – być może – kierownikiem food trucka  z najlepszymi na świecie hot dogami. Póki jeszcze nie zostałem gwiazdą objazdowej gastronomii, głęboką troską otaczam powierzony mi odcinek gminnej działalności kulturalnej. I od dekady miotam się pomiędzy dążeniem do stworzenia możliwie najlepszej biblioteki i zadowoleniem ludzi, bez których realizacja moich marzeń nie miałaby najmniejszych szans, czyli bibliotekarzy. Mógłbym w każdym momencie zbliżyć się do jednego albo drugiego na wyciągnięcie ręki, ale to, że chodzi tylko i wyłącznie o kasę, skłania mnie do wyboru za każdym razem złotego środka. No więc zarażam wszystkich, którzy mają jakiś wpływ na kondycję naszej firmy myśleniem o zapewnieniu  elementarnego dostępu do kultury jako działaniu najbardziej demokratycznym z demokratycznych. Z różnym skutkiem niestety, choć per saldo książek przybywa, a płace ślamazarnie, ale rosną.

            To nie jest lekka praca, bo wiedza i doświadczenie nieustannie są konfrontowane z rzeczywistością, co wymaga ode mnie wykrzesania choćby elementarnych form dyplomacji. To mi nie zawsze wychodzi i czasami kończy się na donosach na mnie, których autorami są albo osoby, których nigdy na oczy nie widziałem, albo w miarę bliscy współpracownicy. Sam jednak nie stosuję takich metod, bo zwyczajnie ich nie pochwalam, a naszej Biblioteki uczyłem się nieco dłużej niż mógłbym, bo nie  wystawiłem na początku urny na anonimowe wnioski pracowników. Z tych samych powodów obce mi są formy zarządzania przez podział i konflikt, choć tych ostatnich w niemałym zespole czasem trudno uniknąć. Tak więc na gruncie skawińskim mógłbym być uznany za prekursora programu „Obiecam Wam Wszystko, Co Chcecie”, gdyż z zasady taka właśnie jest rola biblioteki publicznej – realizowana w miarę możliwości organizacyjnych i środków. Więc niestety zbyt wolno, choć sama idea nigdy nie ginie.

            Najtrudniej jest tak funkcjonować w okresach przejściowych i pełnych niepewności, jakimi zwykle są przełomy kadencji samorządu. Za niewątpliwy sukces minionego dziesięciolecia mogę uznać to, że prawie nigdy nikt nie używał Biblioteki do osiągania własnych, partykularnych celów politycznych. Prawie, bo raz jeden się zdarzyło jeszcze w okresie przedkampanijnym, że próbowano, choć nie wprost, sformułować pod moim adresem zarzut niegospodarności i w rezultacie okrzyknięto mnie miłośnikiem kosztownych kubłów na śmieci. Sprawa jest zresztą dobrze udokumentowana, bo grillowanie mnie odbyło się na sesji Rady Miejskiej, której protokoły z zapisem audio krążą po internecie. W tej sprawie zresztą nie chodziło o mnie, bo byłem i jestem jedynie pionkiem, a o polityczną rozgrywkę, o czym zresztą poinformowano mnie po nieudanej próbie usmażenia.

            A jako pionek z największym zdumieniem podchodzę do dialogów, których celem jest zdiagnozowanie bieżących sympatii politycznych. Uczestniczyłem w takich rozmowach również ostatnio, a moimi rozmówcami byli zarówno rasowi politycy, jak i gospodarze wobec polityki znacznie zdystansowani. I co? I nic! Żaden z kandydatów na mojego pryncypała nie zechciał mi niczego obiecać, co prawdopodobnie powinienem poczytywać za afront, gdyby nie obciążało mnie sprzeniewierzenie się w tych rozmowach idei OWCC, jakże pięknie ujawnionej przez niejakiego apolitycznego Kapitana Skawinę.

            No i właśnie z pozycji pionka, jeszcze nie ruszanego, ale szczypanego od czasu do czasu przez nadgorliwych harcowników, przyglądam się przedwyborczym zalotom. I znów nie mogę się oderwać od żmudnej czynności przecierania oczu ze zdumienia. Oto ambitny gospodarz, po którym mógłbym się spodziewać jedynie merytorycznego i przekonującego formułowania myśli i skutecznej argumentacji prowadzi swoją kampanię w sposób siermiężny, nie dbając nie tylko o jej zasięg, ale również treść. Dwukrotnie po lekturze napisanych ze swadą tekstów prosiłem go o wskazanie źródeł swoich twierdzeń, i dwukrotnie na razie rozbiłem się o komunikacyjną nonszalancję. To, że po przedłużającym się oczekiwaniu na odpowiedź mogę pomyśleć, że oto mamy do czynienia z tezami bez pokrycia, w zasadzie dla kandydata nie ma znaczenia.

            Z kolei rasowy polityk, którego nazwisko przez pierwsze lata mojej pracy w Skawinie kojarzyło się z łebkiem orła pozbawionego korpusu, ma wreszcie swoją wyrazistą twarz. Na dodatek ta twarz mówi, i to całkiem do rzeczy, o sprawach, na których się zna. Mam nawet wrażenie, że słynna deklaracja Andrzeja Dudy o ciągłym uczeniu się została zapożyczona z przykładu skawińskiego polityka. A pytany ów polityk, zwykle szybko odpowiada. To rzecz jasna nie oznacza, że mówi zawsze to, co bym chciał usłyszeć, a to oczywiście może być odczytane jako kampanijny błąd, ale doprawdy więcej autentyczności dostrzegam w aktywnym sporze, niż koncyliacyjnym milczeniu.   

            Ale konkury jeszcze potrwają ze trzy tygodnie i wiele może się przez ten czas zmienić. Jedno już teraz wiem na pewno: nie zagłosuję na żadnego z zalotników…

 

Michał Grzeszczuk